wtorek, 26 sierpnia 2014

Prolog

                     Kobieta stała przy małym oknie. Wróg się zbliżał, nie mogła pozwolić by ich złapał. Gdyby to się stało jej syn zostałby uwięziony na zamku a siostra stracona.
- Mamo, boję się !- Erick pociągnął ją za spódnicę.
- Wiem skarbie, wiem.- Odpowiedziała kobieta z wymuszonym uśmiechem.
- Dlaczego nie pójdziesz ze mną i z ciotką? 
- Kochanie... jesteś zbyt młody by to zrozumieć. A teraz szybko pakuj swoje ubrania do torby.
- Ale mamo...
- Bez dyskusji!-kobieta popchnęła go w stronę otwartej skórzanej torby. Nie mogła pozwolić na opóźnienia. Jej synek zaczął niechętnie zbierać ubranka w popokoju. Miał zaledwie 5 lat... a już zachowywał się jak mężczyzna. W przyszłości uratuje królestwo. Pomoże prawowitym władcą zasiąść na tronie i przywrócić dawny ład. Kobieta wierzyła w to całym sercem. W tej chwili z kuchni wyszła jej siostra. 
- Wszystko gotowe Amatis?-zapytała kobieta przy oknie. 
- Tak Margaret. Konie czekają przy bramie ale misimy się pospieszyć. Podobno widziano Matthias'a i całą jego hordę zbliżającą się do Wrót.-odpowiedziała kobieta nazwana Amatis. Druga, ta przy oknie krzyknęła cicho po czym podeszła do syna zamykającego już torbę. Nachyliła się do niego i pocałowała w czoło.
- Od dzisiaj zamieszkasz z ciocią,  na bagnach. Zapewne już się nie zobaczymy. Kocham cię mój mały wojowniku. Amatis pomoże ci z mocą, a kiedyś... ty pomożesz Czarodziejce i Królowi. I w naszej krainie znów zapanuje porządek.-po policzkach spływały jej łzy. Szybko je otarła i rzuciła do siostry.- Dziękuję ci. Za wszystko. Dbajcie o siebie nawzajem. Jesteście dla mnie ważni.
- Też cię kocham siostrzyczko.- mruknęła kobieta po czym razem z siostrzeńcem wybiegła przez drzwi. Margaret spojrzała na nich po raz ostatni. W jej ciemnych oczach pojawiły się łzy. Tym razem pozwoliła im płynąć. Powoli zamknęła drzwi i usiadła na jednym ze starych zniszczonych krzesełek. Do ręki wzięła jakąś niedokończoną robótkę Amatis i czekała. Minuty płynęły nieubłaganie. W końcu ktoś zapukał.
- Proszę! -krzyknęła kobieta zadziwiająco spokojnym głosem. Łzy wyschły jej na policzkach i teraz pozostała tylko nienawiść. Nienawiść do tego który stał za drzwiami. Powoli się uchyliły a do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna ubrany w brązowy płaszcz i kapelusz. Na ręce lśnił mu dumnie pierścień rodziny Blake - prawowitych władców. 
- Proszę, proszę, proszę. Czy to nie aby moja ukochana żoneczka? Ta która 5 lat temu odeszła z moim synem?
- Witaj Matthiasie.
- A więc to jednak ona! Niesamowite!  Wyładniałaś Margaret. A co tam u naszego syna? Nie chciałby może poznać ojca? Wybrać się z nim na ryby?
- To nie jest twój syn. On nie ma ojca. Nie odkąd stałeś się potworem.-złote oczy mężczyzny pociemniały. Z rąk powoli zaczęły wyrastać ogromne pazury.
- A więc to tak... postanowiłaś go ukryć. Jego i tę twoją plugawą siostrę czarownice? Oj Marg to naprawdę był zły pomysł.-powiedział po czym wbił pazury w brzuch kobiety. Straciła oddech i upadła na podłogę. Matthias nachylił się do niej. 
- Twój synalek będzie taki sam jak ja. Też będzie bestią.
- Ale on będzie dobry. Wiem to.- mężczyzna roześmiał się głośno.
- Oj naiwna Margaret. W każdym z nas jest zło. I dobro. Tylko od nas i naszych wyborów będzie zależało jak będziemy postrzegani.- po tych słowach po prostu wyszedł.